Prowokatywność to jest wyzwolenie myślenia na opak

Prowokatywność to jest wyzwolenie myślenia na opak

Prowokatywnie o mediacjach – rozmowa z Marzeną Korzeniewską- założycielką i prezesem Stowarzyszenia Mediatorów PACTUS, w którym stara się tworzyć przestrzeń dla rozwoju mediacji i mediatorów.

ProvoTime: Czym dla Ciebie jest prowokatywność?

Marzena Korzeniewska: Posługując się prowokatywnością w mediacji, pozwalam sobie – i tu posłużę się metaforą – na małe porządki w ludzkich głowach, niczym w szafie z ubraniami. Otóż otwieram ich szafę z ubraniami i te ubrania wywalam na podłogę. Ta osoba to widzi i musi się jakoś do tego odnieść. Miała w tej szafie swój porządek i – oczywiście – może na powrót te swoje ubrania poukładać tak, jak to dotychczas robiła. Ale też może skorzystać z okazji i coś zmienić – inaczej poukładać, z czegoś zrezygnować, coś dodać. Ma wybór. Mediatorka zrobiła mu „misz-masz” w głowie, ale co on dalej z tym zrobi, to jest już jego decyzja. I dla mnie skuteczna praca prowokatywna, to jest taka praca, która pozwoli się tej osobie zatrzymać nad kupką tego bałaganu i pomyśleć „co ja chcę z tym zrobić”.

Prowokatywność pozwala na zrobienie bałaganu w taki sposób, że wywołujemy refleksję i motywację do zmiany, a nie złość na mediatora, że mu w głowie namieszał.

Na mediacje przychodzą ludzie (najczęściej są to dwie osoby, choć może być ich więcej), którzy są ze sobą w sporze lub wieloletnim konflikcie. Bywają w dosyć trudnych emocjach i okopują się bardzo często na swoich stanowiskach. Gdy wiedzą, że u mediatora spotkają się z drugą stroną to często pracują dosyć długo i wytrwale nad tym, żeby dostatecznie uzasadnić swoje racje i swoje wybory. Przychodzą gotowi na batalię przed sądem, przed arbitrem, a nie przed mediatorem, który ma im pomóc wypracować porozumienie.  Istnieje więc potrzeba, żeby wyciągnąć ich z takiego tunelowego myślenia.

Wielu osobom stosunkowo łatwo udaje się przejść z myślenia konfrontacyjnego na myślenie konstruktywnego rozwiązywania problemu, ale są też tacy, którym się to nie udaje. I nie do końca to ich wina. Nie udaje się ze względu na silne emocje, silny konflikt relacji lub też mają jakiegoś innego rodzaju ograniczenia, które mogą mieć charakter wewnętrzny i zewnętrzny. System wartości, postrzeganie siebie i innych, role społeczne i maski, w jakich występujemy, rodzina, inne ważne dla nas osoby, i szereg innych czynników wpływają na to, na ile jesteśmy otwarci i skłonni do szukania konsensusu.

PT: Jak wygląda w praktyce stosowanie prowokatywności w mediacji?

MK: Styl prowokatywny daje mediatorowi szereg technik do wykorzystania w chwili impasu – a to raczej jest chleb powszedni w naszej pracy. Warto dodać, że impas w mediacji to stan braku zadawalającego strony rozwiązania, czy też pomysłu na porozumienie.  Rolą mediatora jest umożliwienie stronom wyjścia z impasu, wyzwolenia w nich motywacji do szukania drogi, a raczej kierunków, w których mogą podążyć. Często chodzi o to, aby strony wyzwolić z przyjętego przez nie toku myślenia. W takich chwilach każda technika, która pomoże mediatorowi zmienić perspektywę, czy wręcz zafiksowanie stron na jakiś pomysłach (zazwyczaj wzajemnie się wykluczających) jest bezcenna, a styl prowokatywny jest tu szczególnie przydatny.

Ale to nie wszystko. Prowokatywność niesie ze sobą szczególnie mi bliski sposób pracy z ludźmi i tego, jak postrzegam rolę mediatora. Dla mnie nadrzędną sprawą jest wolność drugiej osoby, jej podmiotowość i prawo decydowania o swoich wyborach. Mediator ma umożliwić dokonanie wyborów określonych rozwiązań – w sposób świadomy i odpowiedzialny. Do tego mają to być wybory dokonywane przez osoby będące ze sobą w sporze, czy konflikcie, które przyszły z najczęściej wykluczającymi się wzajemnie oczekiwaniami.  

To, że przychodzi dwoje ludzi, wcale nie znaczy, że nie przychodzą z nimi inne, ważne dla nich osoby. I one albo siedzą na ich ramionkach i im szepczą do ucha, albo oni wciąż się zastanawiają „co by powiedziała mamusia?”, „co na to przyjaciółki?”, „a adwokat powiedział, że mam chcieć takich właśnie alimentów i grosza nie odpuścić!”, „a co by powiedziała kochanka?”, „co na to szef w firmie?”, o kumplach przy piwie nie wspominając…

 Jeśli nie ma otwartości na poszukiwanie rozwiązań, a dodatkowo dochodzi spętanie różnymi ograniczeniami, to mówienie uczestnikom mediacji, żeby się na poszukiwanie rozwiązań otworzyli nic nie da. Mediacja nie jest psychoterapią. I gdy już nic innego nie działa, żadne przerwy, zmiany tematów, burze mózgów, to wtedy zostaje prowokatywność.

PT: Czyli chodzi o odklejenie od perspektyw, w których są osadzone osoby, które przychodzą na mediacje?


MK: Jest takie  narzędzie prowokatywne, w którym prowadzący zaczyna zajmować różne stanowiska i zaczyna w pewnym momencie przerysowywać potencjalny wewnętrzny głos – na przykład matki – która mówi „ale jak Ty możesz teraz to wybierać!”. Albo kochanki, która mówi „przepraszam Cię bardzo, ale Ty mówiłeś, że to nie będzie tylko seks, tylko Ty mi w ogóle pół domu zrobisz”.
W dużym skrócie – mediacja może się zakończyć porozumieniem, gdy mediator prawidłowo utrafi w to, kto tam siedzi na tym ramieniu. Dla osób z zewnątrz prowokatywność jest trochę zwariowana i mówimy do nich „z przymrużeniem oka”.  A to daje luz i możliwość zachowania twarzy przez strony.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że mediator i strony mediacji tworzą pewnego rodzaju grupę społeczną. Te osoby wzajemnie się obserwują i widzą, że mediator zachowuje się wobec nich tak samo „prowokatywnie”. Uczą się wzajemnie relacji skierowanej na współpracę, dostają trochę humoru i widzą, że ten ich problem to jeszcze nie koniec świata, bo właśnie trafili na prowokatywnego mediatora, który wywala im ubrani a z szafy. To też ich otwiera na zmianę perspektywy.

Prowokatywność może działać dobrze również w momencie, gdy strony przychodzą i zamiast ze sobą negocjować, starają się „ugrać” coś z mediatorem lub wręcz starają się mediatora zdominować (w tej roli szczególnie celują pełnomocnicy stron). To jest też dobry moment na różne prowokatywne techniki.

PT: Frank mawiał, że ludzie są silniejsi niż nam się wydaje i są silniejsi niż oni sami w to wierzą.

MK: Ta sentencja jest bardzo ważna w mediacji. Bardzo wielu mediatorów boi się o swoją bezstronność i neutralność, boją się skrzywdzić osoby uczestniczące w mediacji. Bardzo ważne jest dla nich więc przekazywanie idei Franka, że ludzie tak naprawdę nie są tacy słabi i są w stanie bardzo wiele znieść –  gdy czują, że się do nich podchodzi ze zrozumieniem, szanuje się ich godność, daje się prawo wyboru własnej drogi, ich granice nie są naruszane.

Dla mnie to było duże odkrycie na warsztatach z Noni – po tym, gdy to usłyszałam i mogłam doświadczyć na warsztatach, stałam się odważniejsza w prowadzeniu mediacji. Mediatorzy nie mają takiej wiedzy i doświadczeń.

Gdy mediatorem jest psycholog, to on jeszcze jakoś sobie poradzi z emocjami w mediacji, ale gdy to jest prawnik, którego nie uczono pracy z emocjami? On otacza się skorupą prawnych schematów i narzuca prawne rozwiązania, chowa się za tarczą z przepisów. Wielu prawników bardzo chciałoby być dobrymi mediatorami – zachowującymi bezstronność, nie narzucającymi swoje rozwiązania – ale najzwyczajniej w świecie nie radzą sobie z tą całą psychologią, rozmową człowieka z człowiekiem.

Gdy ja wypracowuję z klientami ugodę, dominujące jest zdanie obu stron. To oni mają powiedzieć czego chcą i jak chcą, żeby to wyglądało.

Gdy zaś mediacje prowadzą prawnicy, to najpierw mówią stronom czego nie mogą, a za chwilę się okazuje, że w zasadzie niczego nie mogą – tylko tyle, ile im powie prawnik.

Stosowanie prowokatywności wymaga potraktowania stron mediacji tak zwyczajnie po ludzku – ja jestem człowiekiem, ty jesteś człowiekiem i spotykamy się w tej relacji.

I to warto podkreślić. Po warsztatach z Noni przestałam się bać ludzi i traktować ich, jakby byli z porcelany. Zaczęłam wchodzić w ich sposób myślenia i im ten ich sposób myślenia pokazywać.

PT: W tym co mówisz znajdujemy kilka rzeczy, które prowokatywność daje mediatorowi: odwagę do bycia bardziej w kontakcie z klientem, ale też odwagę do tego, że mogę więcej, niż mi się wydaje; pozwolenie na bycie  „bardziej” człowiekiem w spotkaniu z człowiekiem; ufność i wiarę, że ludzie są silni.

MK: Kolejną rzeczą na pewno jest wychodzenie ze schematów – prowokatywność w przełamywaniu schematów jest bardzo pomocna, bo wyjście poza schematy to otwarcie się na nowe rozwiązania.

I jeszcze to, że nie podchodzimy do tego co się dzieje śmiertelnie poważnie, że można się uśmiechnąć nawet w obliczu bardzo poważnych mediacji, że humor potrafi wiele zdziałać, wiele pomóc, rozbraja.

Dzięki prowokatywności mam odwagę w przekraczaniu własnych schematów i teraz już pewność, że mogę zaufać sobie samej i swojej wrażliwości w pracy z drugim człowiekiem.

PT: A co jest atrakcyjnego dla Ciebie w prowokatywności w mediacji?

MK: Sam sposób rozmowy, bo jest w nim przyjacielskie traktowanie – z pełnym szacunkiem, ale i z poczuciem humoru. Czasem się zastanawiam, czy z tym swoim prowokatywnym wariactwem nie przegięłam, ale jakoś ci ludzie nie wychodzą przed końcem obrażeni na mediatora, czyli chyba nie…

Kiedy przyjechałam na Wasze szkolenia, głównie chciałam sobie radzić z impasem. I dostałam konkretne techniki na impas. Ale to nie wszystko, co wnieśliście cennego w moje marne życie mediatora.

Mogę pozwolić sobie na znacznie więcej w relacji mediator – strona mediacji, niż bym się wcześniej odważyła – zachowując oczywiście prawo stron do godności, podmiotowości, do wyboru i ostatecznej decyzji, co do wyniku mediacji i poczynionych ustaleń.

Mogę też znacznie bardziej po partnersku traktować ludzi, ale trochę ich wciągnąć w mój sposób postrzegania tego, jak ja bym chciała te mediacje poprowadzić.  I tak przeciągam ludzi ze strefy wojny: „walczę, muszę mieć, muszę mu pokazać, muszę wygrać, co inni o tym powiedzą”, w strefę relacji i budowania: „jakie masz potrzeby, co faktycznie chciałbyś osiągnąć, jak to będzie wyglądało w przyszłości, kim będziesz w przyszłości, jeżeli podejmiesz taką, a nie inną decyzję”.

Jeżeli ja mam w sobie odwagę do stosowania prowokatywności w mediacji, to – tak to rozumiem – jednocześnie daję tym ludziom odwagę do szalonych wyborów. Zaznaczmy – szalonych dla nich w początkowym momencie. I niech sobie w głębi duszy gadają: „W zasadzie dlaczego ja muszę się zgodzić na to?” „Przecież mi będzie znacznie lepiej z tamtym, to jest zwariowane, nigdy w życiu nie pomyślałem o takim rozwiązaniu”. „A co mi tam mamusia, co mnie tu na tym ramieniu inni będą szeptać. Przecież to ja jestem na mediacji, to ja złożę swój podpis na ugodzie, to ja sobie będę pił to co nawarzyłem.”

I tu powinna się pojawić moja ulubiona emotka diabełka.

To daje mediatorowi prowokatywność.

Marzena Korzeniewska – zawodowo zajmuje się mediacją oraz zarządzaniem organizacją pozarządową. Ukończyła studia na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego oraz Studia Podyplomowe na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Ma niemiecko-polski certyfikat doradcy ds. rozwiązywania konfliktów, jest szkoleniowcem i trenerem przyszłych mediatorów oraz superwizorem w zakresie mediacji.

Od 2004 roku prowadzi szkolenia z zakresu mediacji dla przyszłych mediatorów oraz staże i superwizje. Prowadzone przez nią szkolenia podstawowe i specjalistyczne ukończyło do tej pory 350 osób. Prowadziła zajęcia dla studentów Uniwersytetu Medycznego w Łodzi oraz Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego w ramach współpracy z Kliniką Prawa UŁ. Prowadzi też warsztaty i wykłady dla przedstawicieli wielu grup zawodowych. W pracy szkoleniowej wykorzystuje ponad 20-letnie doświadczenie zawodowe w prowadzeniu postępowań mediacyjnych.

Jest założycielką i prezesem Stowarzyszenia Mediatorów PACTUS, w którym stara się tworzyć przestrzeń dla rozwoju mediacji i mediatorów.

Artykuł powstał dla 1 numeru ProvoTime – kwartalnika Provocare. 

Intensywne życie terapeutyczne. A. E. Аleksjeiczyk

Intensywne życie terapeutyczne. A. E. Аleksjeiczyk

Intensywne życie terapeutyczne – autorska metoda praktyki psychoterapeutycznej  

Życie- W przeciwieństwie do wielu systemów psychoterapeutycznych, które czynią wyraźny nacisk na poszczególne psychiczne, psychopatologiczne,

psychoterapeutyczne procesy: świadomość, myślenie, pamięć, emocje, pragnienia, zachowania, katharsis, przetworzenia itp. Odnoszę się zarówno do konwencji jak i do choroby, do leczenia w pełni całościowo, niekonwencjonalnie, uniwersalnie, „po domowemu”, uwzględniając, w miarę możliwości wszystkie pojawiające się na pierwszym planie procesy duchowe, nie narzucając, odgórnego systemu pacjent, lekarz, klient, trenera.

Jeśli nieodzownym jest wprowadzenie pacjenta lub grupy, to przypomina się, że prawdziwe życie –  to nie tylko „postrzeganie”: „malarstwo”, „zdjęcia”, „telewizja”; nie tylko dźwięki, „muzyka”, ale i odczucia ciepła i zimna, własnego ciała, uczucia, pragnienia, potrzeby, instynkty, pamięć, myślenie, wola, zachowanie, ideały… To i świat wewnętrzny i zewnętrzny. W ściśle określonej proporcji. W równowadze. W ciągłym ruchu. W rozwoju. Mikrokosmos porównany z kosmosem materialnym. Duchowy – na obraz i podobieństwo…

Prawdziwe, pełne, „na żywo” życie, może człowiekowi dać wszystko. Ale człowiek żyje życiem częściowym. W dzisiejszych czasach coraz częściej żyje się-ideami, emocji, instynktami… Niecałkowicie… Pseudożyciem. Nie według przykazania „Bądźcie jak dzieci”.

Zanurzenie się w życie, często bywa bardzo proste. Dla tych, którzy żyją głównie pomysłami, przemyśleniami, dajemy możliwość żyć pragnieniami- żyć emocjami („Tak, wiem już, co myślisz, i czego aktualnie chcesz?”). Temu, kto żyje pragnieniem – żyć emocjami („wiem, czego chcesz, co czujesz?”).Temu, kto żyje uczuciami – odczuciami. Temu, kto żyje zmysłami (wzroku, słuchu), dajemy możliwość żyć, odczuwać bliżej (dotyk, interceptualne odczucia, ból…) Stąd przysłowiowy „sadyzm”. Włączamy bardziej skomplikowane odczucia – równowagę, lekkość, zwinność, energię…

Tak po prostu wyłączenie niektórych sfer czynności duchowych: zabronienie widzieć, słyszeć, dotykać; określonych uczuć, pragnień, myśli… Przysłowiowe „upokorzenie”, rozsiadanie uczestnika plecami do grupy, zatykanie uszu, rozmowy szeptem, oddelegowanie do kąta, „głupota” – umysł nastawiony na konsumpcje nie na myślenie, itp. w Taki sposób, wywoływana jest kompensacja lub nad kompensacja innych doznań, uczuć, popędów..

Trudniej jest z zagłębieniem się w psychikę (pewien stopień integralności, osobowość), duchowość (wyjście poza granice swojego „Ja”, poza prawidłowości psychologicznych, spontaniczność).Biorąc pod uwagę, że w prawdziwym życiu koniecznym jest wystąpienie, od czasu do czasu, przysłowiowego „transu”, powtarzalność, odtwarzalność tych stanów nie jest wcale taka trudna.

Chcę podkreślić rzeczywistość tego życia. Ona jest prawdziwa i dlatego, że opiera się na naszych uczuciach, prawdziwe uczucia, pragnienia, które powstają, zmieniają się tu i teraz. Można je porównać (szczególnie w grupie) z doświadczeniami, uczuciami, pragnieniami innych ludzi. Można je zmierzyć (nawet w procentach). Można zrealizować. Pamięć – prawdziwa, własna, nie książkowa. Myśli – własne, wszystko w swoich unikalnych proporcjach. Życie, prawdziwe w swojej wielowymiarowości, mobilności, nieprzewidywalności.

To znacznie wyróżnia się od większości systemów psychoterapeutycznych posiadających prawie ” kodeksy prawne ” szkolenia, relacji między pacjentem, lekarzem i pacjentem…

Terapeutyczność– Jest jak życie, jeśli jest pełna, jest dobrym nauczycielem (tylko drogo bierze za lekcje), jest dobrym lekarzem, a nawet higienistą. Jeśli człowieka zanurzyć w życie, wtedy szereg prawidłowych procesów psychicznych może indywidualnie lub w kompleksowo, z łatwością, rozwiązać niektóre problemy, zmienić patologiczne postępowanie, bez konieczności zastosowania postępowania terapeutycznego. Przykładowo: nie wiemy, czy ten człowiek jest godny zaufania, ale czujemy; nie czujemy, ale chcemy się do niego zbliżyć; nie ma szczególnych zainteresowań, ale słyszeć, widzieć – miło… I dalej — proces adaptacji.

W przypadku bardziej poważnych zaburzeń „życie” odsłania je, ale „nie radzi sobie z nimi”. Wtedy pobudzamy w pierwszej kolejności niespecyficzne procesy psychoterapeutyczne, takie jak uspokojenie, wsparcie, przyjemność, ogólną aktywność, rozwój lokalny i ogólny. Z konkretnymi procesami psychoterapeutycznymi częściej pracujemy ze świadomością, z naciskiem na porównanie, pomiar; przepracowaniem trudności z bardziej właściwymi procesami: percepcją, emocjami, pociągami, wspomnieniami; prostym treningiem behawioralnym, rozwiązaniem konfliktu…

Często jeden z ogólnych lub konkretnych procesów w zupełności wystarczy do rozpoczęcia harmonizacji, zdrowienia, „uzdrawiania” życiem. I „proces ruszył”.

Szczególnie, jeśli, jest to specyficzne dla ITŻ, proces duchowy materializujemy lub personifikujemy. „Materializacja” – oznacza „somatyzację”, przybliżenie procesu psychicznego do ciała, zamieniając go w bardziej namacalny, słyszalny, widoczny, odczuwalny, pożądany, pamiętny… Przemiana całkowita, postrzegana z różnych stron. To, co możemy zmierzyć, porównać. I w przyszłości zwiększyć, zmniejszyć, zmienićPragnę nadmienić o zaskakującym  nieprawidłowym fenomenie zauważalnym w pracy psychoterapeutycznej: mierzenie miłości bólem. Względem ukochanej osoby lub sympatii jesteśmy w stanie znieść więcej bólu i znosić go długo. Tudzież zapłata, aby pozbyć się bólu, kary, napięcia, strachu, by uchronić kogoś bliskiego…. jestem gotów zapłacić 5,10, 25 zł (skala cen z 1991 roku).

„Uosobienie” lub personifikacja, personalizacja, prywatyzacja, unikatowość – oznacza „przyswajanie” procesu psychicznego konkretnej osobowości, połączeń psychicznych. „Za plecami” procesu psychicznego powstaje osobowość. Na przykład, nie ból „złamanego” palca lub ból miejscowy, bardziej ból w nogach od stania podczas pracy psychoterapeutycznej , ból, widoczny na twarzy konkretnej osoby. W porównaniu z innymi osobami. Bez bólu. Z odbitej bólem. Z czymś więcej niż lustrzanym odbiciem bólu. Z udziałem…

Wdrożenie procesu leczenia odbywa się w całości. „Panuję nad odczuciami… Uczucia… Pragnienia… Wspomnienia… A nie te odczucia na de mną… – Jestem panem swej duszy… Nie trzeba mi posiadać i zarządzać…Wszystko dzieje się samo: poprzez moje kierownictwo, według mojej woli… I ludzie wokół moi… swoi… nasi… (jak patrzą na moją twarz…)”.

Jak „technicznie” rozpoczyna się „organizuje się”, „tworzy się” harmoniczność, terapeutyczność?

Najczęściej bierze się ona z rzeczywistych, typowych sytuacji codziennego życia pacjenta, grupy, rzadziej kładzie nacisk na przekształcenia terapeuty. Ujmują bądź są zbyt „tępe”, „debilne” lub zbyt „ostre”, „genialne” odczucia, uczucia, pragnienia, wspomnienia, myśli…

Ktoś „nie widzi” tego, co się dzieje, ktoś nie słyszy nic szczególnego w głosie, nie czuje  napięcia w grupie, nie znajduje nic szczególnego w opóźnieniu… Lub wręcz przeciwnie, widzi, słyszy, czuje się przesadnie… I te procesy są równoważone przez bardziej adekwatnymi procesami (ostrymi przy tępych, głupie przy ostrych) – własnymi lub przyswojonymi od bliźnich, od uczestników grupy. „Nasze” stają się swoimi, moimi… Pacjent staje się panem. Pojawia się całość, porządek.

Intensywność. Terapeutyczne, zharmonizowane życie samo w sobie ma już pewną większą intensywnością. „Wszystko idzie jak po maśle”. Aczkolwiek, dość często w celu ujawnienia najważniejszych nieprawidłowości, ich „materializacji”, pomiaru, oceny, w celu ujawnienia mechanizmów wyrównawczych, najbardziej perspektywicznych procesów psychoterapeutycznych, do bardziej wymagających interwencji, stymulacji uzdrowienia itp. konieczna jest intensyfikacja.

Kilka profesjonalnych obrazów, ilustrujących powyższe: kalectwo, występujące przy szybkim chodzeniu, burza motoryczna, pozorna śmierć według E.Kretschmera ,eustres według Selye, trans. M. Eriksona, intuicyjność N. Łosskiego. Mi, co prawda, bliższy styl jazdy na rowerze: im większa prędkość, tym większa stabilność, łatwiejsze zarządzanie.

Zdajemy sobie sprawę, że w rzeczywistości wpływ intensywności jest znacznie bardziej zróżnicowany. Nasilają się patologiczne i unormowane procesy psychiczne, specyficzne i niespecyficzne procesy psychoterapeutyczne. Nasila się ich wzajemna stymulacja (efekt katalizatora). Niektóre potrzebne procesy psychiczne zyskują bezwładność i stają się nieodwracalne. Pojawia się możliwość wyjścia poza granice zwykłych, psychicznych nawykowych wzorców. Poza osobowość. Według W. Rozanowa w świat niejednoznaczny i niejasny. Ze świata konieczności do królestwa wolności.

Przypominam uczestnikom naszych grup. Zazwyczaj możemy doświadczać dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość…

I nie tylko grupy, ale i samodzielnie. I, jak w życiu, okazuje się, że obecnie pojęcie o dzieciństwie otrzymujemy po tym, jak go doświadczamy, przeżywamy, „wyzwolenie” i patrzymy na dzieciństwo z perspektywy młodości, dojrzałości, nawet starości. I często dopiero wtedy uczymy się nim posługiwać. To samo można powiedzieć o młodości, dojrzałości… Jeszcze lepiej, jeśli możemy je przeżywać z własnym bratem, synem… Jak w życiu, w grupie, w terapii, dobrze radzimy sobie z trudnościami z poprzedniego okresu i znacznie gorzej – z aktualnymi.

W ITŻ, oczywiście, zabiegamy o prawdziwe nasze „jutro”, z którego łatwo poradzić sobie z dzisiejszymi wyzwaniami, a w tym jednym z alternatywnych „jutr”. Aczkolwiek, to też dużo.

Jak najczęściej dokonuje się intensyfikacja?

Tu, oczywiście, nadszedł czas, aby przypomnieć o jednym z najważniejszych aforyzmów ITŻ: lepiej raz usłyszeć, niż raz przeczytać; lepiej jeden raz zobaczyć, niż sto razy usłyszeć; lepiej raz poczuć, zobaczyć niż sto razy; raz jest lepiej zechcieć, niż sto razy poczuć; lepiej raz przeżyć, niż sto razy chcieć; lepiej raz przeżyć swoje, niż sto razy kogoś innego… Lepiej – w swoim czasie… Najlepiej z bliskimi… Lepiej – kochając, niż niedokochując… „Technicznie” to działa, akcentując na procesy najbardziej perspektywiczne, materializując, prezentując, praktycznie wychodząc poza granice tożsamości, „wisząc” nad Heidggerowskim „Nic”.

(w treści artykułu „Wspinaczka na szczyt” A. E. Аleksjeiczyka w МПЖ nr 4 z 1993 r.)

Tłumaczyła: Karolina Doleżych

Artykuł ze strony:  https://www.alexeychikseminar.com/firm

Czym właściwie jest Terapia Prowokatywna?

Czym właściwie jest Terapia Prowokatywna?

Urywek wywiadu z Favor Alexander- psychologiem, terapeutą, wolontariuszem w ośrodkach wsparcia

P: Czym dokładnie jest Terapia Prowokatywna?

O: Terapia Prowokatywna to odpowiedzialne pod względem klinicznym zastosowanie psychologii odwróconej oraz humorystycznych spostrzeżeń w psychoterapii krótkoterminowej.

P: A gdzie w tym “prowokacja”?

O: Klienta “prowokuje się” za pomocą psychologii odwróconej i humoru do zlokalizowania, wyartykułowania i zastosowania rozwiązania jego/jej problemu. Terapeuci Prowokatywni wierzą, że odpowiedź na twoje problemy już w tobie jest, ale możesz mieć problemy z jej zlokalizowaniem. Albo możesz być w pełni świadomy tego rozwiązania, ale nie być w stanie wprowadzić go w życie. Terapia Prowokatywna pełni rolę silnego bodźca, który ma pobudzić cię do działania.

P: Jak to działa?

O: Terapia Prowokatywna korzysta z wielu starannie opracowanych narzędzi klinicznych, których celem jest pokazanie ci jak w zwierciadle pewnej absurdalności sposobu, w jaki nie radzisz sobie z danym problemem w danej chwili. Ludzie nie lubią, kiedy mówi się im, co mają robić. Jeżeli zatem lekarz mówi im, że mają dalej robić dokładnie to, co do tej pory (Narzędzie Terapii Prowokatywnej: Co w tym złego?) albo że powinni tak naprawdę zintensyfikować to zachowanie, które zupełnie im nie służy (Narzędzie Terapii Prowokatywnej: R ób więcej tego samego!), to raczej będą się upierać, że muszą się zmienić i szybko mówią, jakich zmian muszą dokonać, przyjąć te zmiany i zastosować w swoim życiu. Poniższy diagram pokazuje dynamikę tego procesu.

P: Ale czy klient nie czuje się przez to głupio?

O: Zupełnie nie. Ponieważ to zachowanie klienta, a nie klient, jest obśmiewane przy pomocy któregoś z 30 lub więcej narzędzi Terapii Prowokatywnej. Sam klient czuje w całym procesie serdeczne wsparcie. Dlatego to ma taką moc. Kiedy poddajesz się Terapii Prowokatywnej, czujesz falę wsparcia i troski o siebie, ale psychologia odwrócona sprawia, że uświadamiasz sobie, jak śmieszne są niektóre z twoich wzorców zachowań. Kiedy to widzisz (a wielu klientów wtedy się z tego śmieje), naturalne staje się, żeby porzucić ten wzorzec zachowania.

P: Jak szybko działa?

O: Mimo, że widziałem klientów reagujących niezwykle szybko już na jedną sesję Terapii Prowokatywnej, zalecam cykl 4 sesji. Z własnego doświadczenia wiem, że wiele spraw można uporządkować przy takiej liczbie spotkań. Większość moich klientów wybiera cykl 4 sesji, a później wraca po jeszcze jedną, dodatkową, kiedy czuje, że potrzebuje  “dawki przypominającej”.

Są jednak przypadki, które wymagają bardziej regularnych sesji i mam klientów, którzy przychodzą na cotygodniowe spotkania albo na Terapię Skoncentrowaną na Kliencie (Client Centred Therapy). Jednak takie doradztwo jest trochę inne: mam zezwolenie na korzystanie z Terapii Prowokatywnej za każdym razem, kiedy uważam to za konieczne.

P: Czy Terapię Prowokatywną można stosować u wszystkich osób z problemami natury psychologicznej?

O: Nie. Niektóre problemy mogą wynikać z problemów fizycznych, takich jak cukrzyca czy niedoczynność tarczycy. Jako lekarz uznałbym za wysoce nieodpowiednie “prowokowanie” takich osób, a zamiast tego zadbałbym o to, żeby otrzymali prawidłową opiekę medyczną. Istnieją również przypadki bardzo głębokiej depresji i psychozy, które nie kwalifikują się do Terapii Prowokatywnej, ale często zaskakuje mnie to, jak szerokie jest spektrum problemów, które dobrze reagują na Terapię Prowokatywną. Może ona również pełnić rolę metody uzupełniającej dla innych form psychoterapii i psychiatrii, w tym stosowania leków.

P: Czuję się już wystarczająco źle, to dlaczego miałbyś chcieć mnie prowokować?

O: W potocznym znaczeniu słowo “prowokować” oznacza “wywoływać gniew”. Jednak prawdziwe znaczenie pochodzi od łacińskiego “pro vocare”, co dosłownie oznacza “wyzwalać”, „przywoływać”. Właśnie to stara się osiągnąć Terapia Prowokatywna – “przywołać” prawdziwe rozwiązanie twoich problemów. A to rozwiązanie niezmiennie znajduje się wewnątrz ciebie, a nie na żadnej wielkiej mapie ludzkiej natury, rozumianej przez terapeutów, ale nie przez ich pacjentów. W Terapii Prowokatywnej będziesz “prowokowany” (albo katalizowany, uruchamiany, delikatnie popychany itd.) do zwerbalizowania, przyjęcia i zastosowania tego wewnętrznego rozwiązania swoich problemów – bo wierzymy, że ono od początku w tobie było.

P: Czy dokumentujesz lub nagrywasz sesje Terapii Prowokatywnej?

O: Tak, ale tylko za wyraźną zgodą klienta. W typowym cyklu 4 sesji lubię nagrywać pierwsze 2 sesje na taśmy audio, a trzecią na wideo. To wyłącznie dla twojej korzyści. Kiedy słyszysz, jak brzmisz (a później widzisz, jak wyglądasz) kiedy próbujesz usprawiedliwiać właśnie to zachowanie, które chcesz zmienić, albo próbujesz bronić tego zachowania przed prześmiewczym procesem Terapii Prowokatywnej, to może znacznie wspomóc proces prowokatywny. Wielu pacjentów ogląda swoje DVD po kilka razy i mówią, że to działa trochę jak jeszcze jedna sesja Terapii Prowokatywnej. To jest złe dla biznesu, ale dobre dla pacjentów.

P: Czy mogę pokazać to DVD swojej żonie/mężowi/rodzinie itd.?

O: Oczywiście, że tak, jeżeli tylko chcesz. Niektórym pacjentom pomaga podzielenie się sesją z rodziną i przyjaciółmi. Na ogół wszyscy zgodnie śmieją się w kluczowych momentach, a DVD zwykle wywołuje w domu bardzo owocne konwersacje. Jednak większość pacjentów zazwyczaj pozostawia DVD dla siebie.

P: Czy zatrzymujesz dla siebie kopię takiego DVD?

A: Ze względów bezpieczeństwa usuwam nagranie, gdy tylko otrzymam potwierdzenie, że otrzymałeś swój egzemplarz.

P: Ale czy moja sesja musi być nagrywana?

O: Nie, absolutnie. Większość terapeutów prowokatywnych nie nagrywa rutynowo swoich sesji, a mimo to osiąga wspaniałe rezultaty.

P: Od jak dawna mamy do czynienia z Terapią Prowokatywną?

O: Od początku lat 60., kiedy została odkryta przez jej założyciela, Franka Farrelly’ego.

P: W jaki sposób Frank Farrelly odkrył Teorię Prowokatywną?

O: W Mendota State Institute (szpital psychiatryczny) miał spotkania z pacjentem, który przebywał tam od dłuższego czasu. To była 92. rozmowa Franka z tym właśnie pacjentem, nie było widać żadnych postępów i nagle Farrelly powiedział: “Ok, zgadzam się z tobą – nie istnieje rozwiązanie twojego problemu.” To była ta jedyna rzecz, której ten pacjent nie chciał usłyszeć i zaczął się upierać, że musi być jakieś rozwiązanie. Farrelly, zaskoczony niespodziewaną determinacją pacjenta, kontynuował ten proces i powiedział, że zbadali już wszystko i od tej pory on zamierza zgadzać się z tym, że “nic nie da się zrobić”. Pacjent nalegał, że coś musi dać się zrobić, powiedział, co to jest, zrobił to, wkrótce został wypisany ze szpitala – i nigdy do niego nie wrócił. W taki sposób narodziło się pierwsze narzędzie Terapii Prowokatywnej – Nie ma rozwiązania twojego problemu! Farrelly zajął się opracowywaniem co najmniej 20 kolejnych takich narzędzi, w tym – rób więcej tego samego! Baw się w obwinianie i co w tym złego? Z których wszystkie wykorzystują psychologię odwróconą po to, aby sprowokować cię do rozwiązania twoich problemów.

P: Czy Terapia Prowokatywna to forma terapii śmiechem?

O: Nie, zdecydowanie nie. Jej celem nie jest rozśmieszenie, tylko sprowokowanie do zmiany życia na lepsze tak szybko, jak to możliwe. Niektórzy pacjenci/klienci mogą być zszokowani tym procesem, ale nadal czerpać z niego pełnię korzyści. Są i tacy, którzy mogą zapłakać, kiedy zobaczą, jak sabotowali własne szanse na szczęście – i wtedy wyrazić silne pragnienie zmiany. Ale tak, znakomita większość uznaje cały ten proces za bardzo zabawny i dodający energii. Ale to nie czyni z tego terapii śmiechem. Terapia śmiechem korzysta ze wszystkich możliwych środków, żeby cię rozśmieszyć, ponieważ docenia korzyści zdrowotne, jakie daje śmiech (http://www.drkaplan.co.uk/humour-and-health.htm). Dzięki temu, oczywiście, poczujesz się przez chwilę lepiej, ale nie sprowokuje cię to do znalezienia rozwiązania twoich problemów. Mimo wszystko, to dużo lepsze niż przyjmowanie leków psychiatrycznych.

P: Czy mogę odnieść jakąś korzyść z Terapii Prowokatywnej, nawet jeżeli nie mam właściwie żadnych problemów?

O: Jestem pewien, że tak. Moje pierwsze pytanie będzie brzmiało: “Czego chcesz?” […]

Terapia Prowokatywna odnosi sukces w radzeniu sobie z tak poważnymi problemami, jak alkoholizm, uzależnienie od narkotyków i anoreksja. Oczywiście, należy przeprowadzić komplet badań lekarskich i nie każdy przypadek może być objęty Terapią Prowokatywną. Tym niemniej, wiele osób z tego typu problemami reaguje na dynamiczny charakter Terapii Prowokatywnej, w szczególności osoby, które zwykle postrzegają niektóre podejścia do tych problemów jako w pewien sposób  protekcjonalne lub nakazowe.

P: Czy Terapia Prowokatywna jest odpowiednia dla dzieci?

O: Zdecydowanie tak. Prawdę mówiąc, większość rodziców bardzo dobrze zna zastosowanie psychologii odwróconej we własnych domach. Dzieci również nie lubią, żeby mówić im, co mają zrobić, więc kiedy sympatyczny terapeuta prowokatywny mówi im, że złe wyniki w szkole to “tak naprawdę nie jest ich problem, bo nikt nie spodziewa się po nich niczego lepszego”, to otrzymują głośny i wyraźny przekaz, i bardzo chcą udowodnić, że terapeuta się myli! To bardzo proste, ale w praktyce działa niewiarygodnie dobrze.

[…]

P: Czy rezultaty osiągnięte w trakcie kilku sesji Terapii Prowokatywnej są długotrwałe?

O: Z mojego doświadczenia wynika, że cykl 4 sesji Terapii Prowokatywnej działa niezwykle szybko i przynosi długotrwałe rezultaty. Niektórzy pacjenci wymagają dodatkowej “sesji przypominającej”, ale mogą mieć taką potrzebę tylko przez kilka miesięcy (a czasami lat) po “głównym” cyklu.

Przetłuaczono dla Provocare 
Fotografia: Ireneusz Knyziak 

Rozmowa JO&NO

– Czym jest prowokatywność?
– Prowokatywność to budzenie w ludziach odwagi do bycia prawdziwym. 
Wyprowadza ludzi poza utarte schematy myślenia, działania, reakcji i wpuszcza ich w nowe, niezbadane. Jest też krzywym zwierciadłem – pozwala zobaczyć siebie i problemy, z jakimi się mierzysz w zupełnie innej perspektywie, często dużo szerszej, bo efektem ubocznym kontaktu z metodą prowokatywną jest większa świadomość zarówno tego, co nas otacza, jak i tego, co kryjemy w środku.
– No tak, ale temu samemu służą teoretycznie klasyczne narzędzia coachingowe. Czym tam metoda różni się pozostałych, bardziej tradycyjnych?
– Różnica polega na szybkości interwencji a także na sile odczuć, jakie towarzyszą sesji. Tradycyjny coaching nie wywołuje zwykle tak szybko i tak intensywnie tak wielu skrajnych nieraz emocji . 
Z sesjami o klasycznym przebiegu człowiek stopniowo się oswaja – z czasem jest mu czasami coraz łatwiej „ślizgać się” na lewo i prawo, pływać od tematu do tematu, wyprowadzać na manowce i coacha i samego siebie. Łatwiej jest się schować. Gdyby jednak nie wiedział, co się za chwilę wydarzy, nie miałby czasu na to, by się ukryć, albo opracować plan ucieczki.
W tradycyjnym coachingu klient mówi o tym jak by w danej sytuacji zareagował, albo jak by chciał zareagować. Metoda prowokatywna, dla odmiany, zmusza go do szybkiej reakcji – nie mówi co by zrobił, tylko robi to, nie rozwleka się nad decyzją, tylko podejmuje ją. Tu i teraz.
Niezależnie od tego czy stosujemy klasyczne czy prowokatywne podejście najważniejszy jest CZŁOWIEK i dobór metod lub elementów metod, czy też narzędzi pod niego i dla niego najlepszych.
TO SIEDZI JAK ZADRA I ZMUSZA DO REFLEKSJI
– Jak to możliwe, że coaching prowokatywny daje tak błyskawiczne efekty?
– Prowokatywność inicjuje szybkie i głębokie spotkanie z samym sobą.
Na wstępie zmusza nas do zdjęcia strojów i masek, jakie nosimy na co dzień z racji funkcji społecznych, potem funduje porządny demakijaż z codziennych warstw pudru, różu i tak obnażonych wpuszcza nas do komnaty krzywych zwierciadeł. Sztuczność bardzo prędko znika, bo nie tam na nią miejsca. 
Jest to metoda zdecydowanie mniej wygodna dla drugiej strony, bo takiej wizyty w komnacie luster szybko się nie zapomina. W tradycyjnym coachingu możemy sobie gadać do woli i nic wielkiego nie musi z tego wyniknąć. Obok krzywego zwierciadła trudniej jest przejść obojętnie, obraz odbicia zachodzi w pamięć, bo to niecodzienny widok, a wspomnienie siedzi w człowieku jak zadra i zmusza do refleksji .
– Do jakich refleksji może skłonić spojrzenie w krzywe zwierciadło?
– Ludzie często nie potrafią nazwać swoich potrzeb a praca prowokatywna im to ułatwia. Spojrzenie na siebie przez krzywe zwierciadło, przerysowanie problemu, przerysowanie swojego wpływu na innych poprzez ten problem powoduje, że człowiek łapie większy dystans do siebie.
Z większego dystansu widać większy obraz całej sytuacji. W efekcie ludzie odnajdują zakamarki, do których wcześniej nie zaglądali, a w nich rozwiązania, które jeszcze do niedawna zdawały się być niedostępne.
– Czyli pozwala odnaleźć w sobie nowe źródła zasobów?
– Tak. Chociaż czyni to wiele innych metod, w tym także klasycznych. Natomiast należy tu pamiętać że prowokatywność z jednej strony pomaga odnaleźć zasoby, a z drugiej zmusza do skończenia z generalizowaniem i przejścia do konkretów. Bo samo narzędzie prowokatywne jest próbą zgeneralizowania i przerysowania jeszcze bardziej wszystkiego co robimy. Rozdmuchujemy więc do granic absurdu balon, w którym znajduje się problem, dopóki balon nie pęknie i nie wyłoni się z niego konkret. A z konkretami pracuje się już o wiele prościej i rzeczywiście można znaleźć zasoby, których wydawało się, że już od dawna nie ma, bo sytuacja była z pozoru bez wyjścia… A jednak! Chyba właśnie dlatego wielu coachów stosujących metody albo elementy prowokatywne mówi że połączenie narzędzi prowokatywnych z klasycznymi daje niebywałe rezultaty.
ONI MAJĄ BRAĆ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, BO TO JEST ICH ROBOTA
– No dobrze, ale czy przerysowywanie czyjegoś problemu nie zostanie odebrane przez tę osobę negatywnie?
– Aby móc pracować prowokatywnie, muszę sobie odpowiedzieć na pytanie w jakim celu naciskam i przerysowuję. Nie próbuję nikogo nakłaniać do konkretnych zachowań, to naturalnie zbudzi opór i zostanie odebrane negatywnie, jako zwykła prowokacja a nie prowokatywność. Naciskam po to, aby uzmysłowić człowiekowi pewien mechanizm, nakłonić go do refleksji i szybkiego podjęcia własnej decyzji. Zmusza to ludzi do brania odpowiedzialności za to co robią. 
Jako menadżer wciąż mam pokusę by pomagać innym, podpowiadać. Mam jednak świadomość, że jak im podpowiem, to zdejmę z nich odpowiedzialność. To cudowne narzędzie do uczenia menadżerów by nie brali na siebie odpowiedzialności innych, by im jej nie odbierali – o jest właściwsze słowo. Oni mają brać odpowiedzialność, bo to jest ich robota, ale nie powinni odbierać jej innym.
– Czyli narzędzia prowokatywne przydają się też w zarządzaniu.
– Tak, stosując je możemy nauczyć ludzi podejmować decyzje dużo szybciej i brać za nie odpowiedzialność. Na pewno znajdą się tacy, którym to nie będzie pasowało. Może nawet odejdą z zespołu… ale ci, którzy zostaną, będą mieć o wiele większy dystans do siebie oraz większą umiejętność nazywania i rozwiązywania problemów – zarówno tych dotyczących całego zespołu, jak i własnych. Kiedy już uda nam się wyczyścić relacje i nauczyć ludzi skutecznie komunikować swoje potrzeby, pojawi się miejsce na współpracę, a bez niej przecież nie ma mowy o istnieniu zespołu.

/ Korekta redakcyjna: Paulina Konstancja, rozmawiali: Joanna Czarnecka i Norbert Grzybek provocare.pl /